25.04.2015

Pojawiam się i znikam


Moi drodzy, wzywają mnie obowiązki edukacyjne. Za lekko ponad dwa tygodnie piszę maturę z historii sztuki, miesiąc później rozpoczynam sesję. Dlatego nie obrażajcie się, że jest i będzie mnie tu tak mało. Staram się nadrabiać obecnością na Facebooku i Instagramie, gdzie regularnie pojawiają się "Impresje z życia Weroniki" na zmianę z nowinkami modowymi. Miliony pomysłów (i całkiem sporo tekstów) czeka na realizację, ale to dopiero pod koniec czerwca :c

A tymczasem, skoro jeszcze nie zniknęłam to opowiem Wam co nieco o zdjęciach. W duchu historii oraz sztuki zostały zrobione na Wawelu :D Bardzo lubię tam wracać, czasem tylko po to, żeby przespacerować się po dziedzińcu i pooglądać kwiaty - ehhh brzmię jak babcia. Parę tygodni temu udało mi się nawet załapać na zwiedzanie komnat królewskich z przewodnikiem dzięki Studenckiemu Tygodniowi Sztuki organizowanemu przez UJ! Cudownie było przypomnieć sobie zamek od środka, bo ostatnią tego typu wycieczkę zaliczyłam w wieku podstawówkowym.

Co do samej stylóweczki, oryginalnie miałam kompletnie inny zamysł, ale zostałam oszukana przez pogodę. Bardzo chciałam wyeksponować tę piękną trapezową sukienkę, którą dorwałam w H&Mie na dziale Trend. Czuję się w niej trochę tak, jakbym miała na sobie co najmniej coś z The Trapèze Collection Yves Saint Laurent'a. Ale wychodząc z domu, byłam przekonana, że dosłownie za ułamek sekundy rozpęta się burza i pewnie nawet nie zdążę ze zdjęciami. Ponakładałam na siebie kilka cieplejszych warstw, a tu po 30 minutach wyskoczyło pełne słonko. No nic, w okolicach wakacji pokażę Wam sukienkę w nieskrępowanej niczym odsłonie, a dziś jeszcze pozostaję w klimacie kwietniowego okresu przejściowego.

Buziaki i powodzenia na egzaminach!

zdjęcia: Łukasz Piotrak
| melonik - H&M Divided | okulary - Aldo | sweter, płaszcz - Sh sukienka - H&M Trend |
| przypinka - sklep w krakowskim Muzeum Narodowym | torebka, buty - Zara

12.04.2015

W przestrzeni Smoka

Jestem chora  i czuję się, jakby znów nastały czasy błogiego lenistwa w podstawówce. Zwolnienie z zajęć, opieka lekarza domowego, czyli rosołki i herbatki. Co prawda gorączka i katar (a na deser ból gardła) niespecjalnie fajnie brzmią, ale przynajmniej siedzę w domu. A konkretnie to leżę.

Przypomniałam sobie ostatnio, że nie wspominałam Wam o bardzo inspirującej wystawie, na którą wybrałam się jeszcze na początku marca do krakowskiego Muzeum Narodowego. Była to mianowicie prezentacja zbiorów sztuki chińskiej "W przestrzeni Smoka". Co tu dużo mówić... Przepiękna ceramika, powalające obrazy i zapierające dech w piersiach szaty.* Naprawdę warto obejrzeć na żywo tkaniny, jakich dziś nikt już pewnie nie potrafiłby zrobić. Do każdej gabloty wracałam po kilka razy, bo po prostu nie mogłam uwierzyć, że to wszystko zostało zrobione ręcznie. Najstarsze eksponaty miały ponad 2200 lat i powstały w epoce Han! Koniecznie sprawdźcie na moim Instagramie dziecięce buty ze smokami - słodziutkie. Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie przytargała do domu małych pamiątek.

Jeśli zainteresowałam Was wystawą to macie czas aż do lipca, żeby ją odwiedzić. Zdjęcia niektórych eksponatów możecie również obejrzeć na stronie muzeum.

Żeby dziś nie zakatarzyć się na śmierć, postanowiłam zrobić sobie typowy dzień 10 letniej Weronisi. Poprzymierzałam trochę ciuchów, próbowałam zrobić jakiś szałowy makijaż (raczej z marnym skutkiem). Na fali wystawy skręciłam w stronę Wschodu. Pochodziłam sobie nawet z wykałaczkami do szaszłyków w koczku, żeby wczuć się w rolę Azjatki. Ocenę efektów pozostawiam już Wam :D

* Wpis nie jest sponsorowany. Autorka dzieli się wrażeniami szczerze i dobrowolnie.
   Serio, idźcie na tę wystawę!

zdjęcia: Mamusia Fotografi
| bluzka - H&M Trend | pasek - Benetton | spódnica - Simple

do kolaży użyłam pocztówek ze sztuką chińską prezentowaną na wystawie

07.04.2015

Vogue. Za kulisami świata mody


„Vogue. Za kulisami świata mody” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. 

Bardzo cenię sobie lektury pobudzające ciekawość. Wiecie, chodzi o te sytuacje, gdy zaczytani przegapiacie swój przystanek i wybiegacie z autobusu zdezorientowani. Mnie się to zdarzyło przy okazji czytania tej książki dwukrotnie. Traktowałam ją właśnie jako rozrywkę „na podróż”. Tu otworze, tam przeczytam. Kartki same się przewracały i tak mi jakoś zleciało. Prawie 300 stron.  

Na początek wypadałoby w kilku słowach opisać treść książki. Jest to autobiografia dziennikarki Kirstie Clements, przez ponad 25 lat związanej z australijską edycją „ Vogue’a”, którą w latach 1999-2012 zarządzała jako redaktor naczelna. Współpracowała m.in. z „Elle”, „Harper’s Bazaar”, „The Guardian”. Opisuje więc swoją młodość, realia dorastania w Australii, przebieg kariery, doświadczenia na piastowanych stanowiskach. 

Głównym atutem tej książki jest oderwanie od Europy i Stanów Zjednoczonych. Wszyscy kojarzymy Annę Wintour, Emmanuelle Alt czy Francę Sozzani. Ale Australia i tamtejszy rynek mody? W trakcie lektury mało które nazwisko brzmiało znajomo. Australia, owszem, wydała na świat wiele gwiazd rangi ogólnoświatowej, ale niekoniecznie tych stricte związanych z modą - no może poza Mirandą Kerr. Nicole Kidman, Cate Blanchett czy Kylie Minogue znamy wszyscy, ale prawdę powiedziawszy już samej autorki książki (zasiadającej na stołku naczelnej „Vogue’a” przez ponad dekadę!) nie kojarzyłam wcale. Ciekawił mnie więc kontekst społeczny Australii, życie tamtejszych nastolatków, subkultury np. surfurów, świadomość odcięcia od innych kontynentów. 

Bardzo podoba mi się zdroworozsądkowe podejście autorki do opisywanych zdarzeń. Trudno oceniać na ile te wydarzenia zostały podkolorowane, ale z pewnością unika choćby zbędnej gloryfikacji "Vogue’a” i mody w ogóle.
Jednym z licznych błędnych wyobrażeń na temat pracy w „Vogue’u” jest to, że kiedy ktoś z naszego pisma chce zamówić modelkę do sesji, to po prostu dzwoni do agencji, a tam grzecznie udzielają mu entuzjastycznej odpowiedzi: „Ależ oczywiście, w końcu to "Vogue”, i ustala się termin, który odpowiada idealnie wszystkim zainteresowanym. Nic podobnego. Podchody związane z załatwieniem modelki to jeden z najbardziej czasochłonnych i frustrujących aspektów tego biznesu. Wszystkie elementy sesji zdjęciowej są ze sobą nierozerwalnie splecione. Modelka ciesząca się międzynarodową sławą będzie chciała pracować tyko z określonym gronem fotografów, którzy zdaniem jej agencji są właśnie na fali.


Kirstie Clements rozwiewa mit "Vogue'a" jako klucza otwierającego wszystkie drzwi. Sama się o tym boleśnie przekonała obejmując stanowisko naczelnej w momencie kryzysowym dla australijskiej edycji magazynu. Sporo miejsca poświęca na opisanie (udanej) próby uratowania jego pozycji, walkę o zainteresowanie reklamodawców oraz zaproszenia na europejskie pokazy.

Razem z redaktorkami działu mody co sezon harowałyśmy, spotykałyśmy się ze wszystkimi PR-owcami i starałyśmy się ich lepiej poznać, odwiedzałyśmy wszystkie salony wystawowe, robiłyśmy zdjęcia ubrań, rozmawiałyśmy z projektantami, wysyłałyśmy im co miesiąc numer pisma lub wycięte z niego strony na dowód, ile miejsca im poświęciliśmy. Stopniowo udało nam się wypracować większe uznanie dla naszego magazynu. Odtąd zawsze już dostawałyśmy dwa bilety na każdy pokaz i jeśli nam się poszczęściło – oba w pierwszym rzędzie. 

Nie mogło się także obyć bez porównań realiów pracy w branży w latach 80. a obecnie. I znów dziennikarka uchwyciła zjawisko internetu, mediów społecznościowych oraz blogerów w sposób wyważony, oceniając je możliwie obiektywnie. Od razu przypomniała mi się wypowiedź naczelnej "Vogue Italia" sprzed czterech lat na temat blogosfery - wtedy dopiero podbijającej świat. Utrzymana w tonie obrazy, bulwersu i fochu na cały świat. Że plaga, że epidemia, że głupota, że w żadnym razie opiniotwórcza. Tamte słowa (mimo że w paru punktach trafne) przysporzyły France Sozzani więcej wrogów niż przyjaciół, a także zdradziły jej brak perspektywicznego myślenia. Clements ujmuje erę internetową i nowych celebrytów tak: 

Media społecznościowe zdemokratyzowały pisanie o modzie stworzyły nową grupę wpływowych graczy w branży. Doświadczenie zdobyte w szanowanych tytułach i zdolności inteligentnego formułowania myśli mogą w najbliższej przyszłości okazać się niewiele warte.
Coraz trudniej o uczciwą, rzetelną ocenę, bo dzisiejsze komentatorki mody jak jeden mąż wystawiają kolekcjom pozytywne recenzje. Leży to w ich interesie. W końcu chcą chodzić na pokazy. Chciałabym widzieć wśród nich więcej zdrowej krytyki, zwłaszcza jeśli szczęśliwie nie mają jeszcze żadnych reklamodawców, który mogliby się wycofać.


Autorka nie stroni więc od niewygodnych tematów. Wprost wskazuje, jak łatwo kupić czyjąś opinię, a jak trudno przyjąć krytykę. Osobny rozdział poświęca np. swoim uwagom na temat kontrowersyjnego wyglądu modelek – często niepełnoletnich, ich sposobów na idealną figurę, oderwanych od rzeczywistości wymagań projektantów. Nie ocenia, nie rzuca naiwnych komentarzy pokroju „to skandal i zło, jutro dajemy na okładkę dziewczynę XXXL”. Po prostu dzieli się obserwacjami. Tłumaczy błędne koło napędzane przez domy mody szyjące ze względów estetycznych ubrania w rozmiarze 32, stylistów nie mogących w skutek tego zatrudnić "większej" dziewczyny, a w końcu same modelki obsesyjnie dbające o linie, by w te najlepsze ubrania zwyczajnie się zmieścić. Momentami podchodzi do tematu emocjonalnie, mówi wprost, że ją to boli i czuje się bezsilna...

Bo cała ta książka jest bardzo szczera. Czytając ją, odnoszę wrażenie, jakbym autorkę znała od dawna. Prosty język i dynamika przekazywania informacji przypominają rozmowę. Bardzo ciekawą, wciągającą rozmowę. Lata doświadczeń robią swoje, a mając tak szeroki wachlarz anegdotek można zainteresować niejednego słuchacza. Dlatego polecam lekturę zarówno osobom chcącym poszerzyć horyzonty modowe, jak i tym mającym ochotę zwyczajnie przeczytać coś ciekawego.   

Co tu dużo mówić, jeśli chcielibyście dowiedzieć się, jak to jest wspinać się po szczeblach kariery by stanąć na czele Biblii Mody, jeść lunch w saloniku Karla Lagerfelda albo przechadzać się po pałacu księżnej Danii to po prostu wybierzcie się na spacer do księgarni. Nie pożałujecie! 


„Vogue. Za kulisami świata mody” 
Kirstie Clements 
Wydawnictwo Literackie